piątek, 14 lipca 2017

Rozdział 2. Dzicy są

– Nie.
– Nie możesz mi zabronić iść, Astrid.
– Och, więc nagle podejmujesz decyzje sam?
– Nie, ale-
– Ale? Nie ma ale, Sherman. Nie pozwolę ci nas zostawić.
Kupiec uderzył pięścią w stół ze złością. W pomieszczeniu została ich dwójka, reszta wyszła przygotować co trzeba na podróż.
– Nie zostawiam was. Wrócę.
Dziewczyna pokręciła głową i odwróciła się do niego plecami.
– Nie składaj obietnic, których nie masz pewności spełnić.
– Muszę iść, nie rozumiesz tego? Co jeśli następnym razem nie zjawi się Will? Co jeśli napary znachora zupełnie przestaną działać? Mam mieć i twoje życie na sumieniu? Wasze?
– Jeśli nie wrócisz – powiedziała cicho i spokojnie - módl się, by nie istniało życie pośmiertne. Inaczej możesz być pewien, że "wieczny spokój" pozostanie dla ciebie abstrakcją.
Po tych słowach wyszła na zewnątrz, trzaskając drzwiami. W krzątaninie ludzi odszukała brata i zawołała go jego pełnym imieniem. Miała do niego prośbę.

Wyruszyli pod osłoną nocy w piątkę - Daniel, nadal pilnujący cyganki, Sherman, Will i Nancy. Joey i Bri również rwali się do tego zadania, jednak udało się ich przekonać, by opiekowali się przyszłą mamą. Nikt nie chciał narażać dzieciaków, których uratowanie Grace przypłaciła własnym życiem. Poza tym nie zależało im, by przypadkiem przeżyły podobny koszmar, co oni. To były dobre dzieciaki. Uczynne, uprzejme, nie leniły się za wiele. Słowa łowcy jednak również zaważyły na decyzji – ta dwójka do niczego by im się nie przydała. Jedną trzecią życia spędzili w zielonej Dolinie, z dala od ludzi i chorób, z dala od śmierci. Czas spędzały na pieleniu, sadzeniu, sprzątaniu i nauce. Mnisi ciągle ich chwalili jako pilnych uczniów. Wyrastały z nich złote dzieci. Szybko wyparły z umysłów złe wspomnienia.
Tego nie dało się powiedzieć o tej czwórce.
– Dan? – Nancy pogoniła konia, by zrównać się z mężczyzną. – Rozumiem, że nie chciałeś wcześniej zdradzać szczegółów planu, ale może już byś się nim z nami podzielił?
– Oddaliliśmy się od wioski. Nikt nas nie usłyszy - dodał Will.
– Jak, do stu diabłów, zamierzasz powstrzymać ich od zabicia nas w chwili, gdy postawimy stopę na ich terenie? – Sherman nie potrafił wymyślić żadnego sposobu, by to się udało.
– Przy postoju – uciął rozmowę łowca.

Słońce grzało już intensywnie z bezchmurnego nieba, więc postanowili na jakiś czas skryć się w cieniu, napoić konie, zjeść i szybko zdrzemnąć. Schowali się za wyrwą w ziemi, noszącą widoczne ślady częstego użytkowania, prawdopodobnie przez Daniela. Kiedy załatwili wszelkie potrzeby, usiedli wygodnie w półkole, patrząc wyczekująco na mężczyznę. Ten jeszcze chwilę ignorował ich spojrzenia, patrzył w przestrzeń w kierunku, skąd przyszli. W końcu westchnął ciężko i uderzył Morganę, która akurat się pochylała, szybkim ruchem w szyję. Kobieta osunęła się twarzą w ziemię.
– Co ty...?!
– Oszalałeś?  warknął Sherman.
– Uspokójcie się. Nie chciałem, żeby słyszała, co powiem.
– Są inne sposoby-
– Zamkniecie się i dacie mi powiedzieć, czy zamierzacie dać mi wykład na temat niemoralności bicia kobiet? – zapytał sucho mężczyzna, podnosząc cygankę do pozycji siedzącej i opierając ją o skarpę. – Po pierwsze, musicie wiedzieć, że nie mam pewności, czy nie zareagują gwałtownie i z miejsca nas nie zabiją. Sądzę, że nie. Uważam, że jest duże prawdopodobieństwo, iż sobie z tym poradzę, ale uprzedzam. Możecie jeszcze zawrócić.
Wśród grupy zapadła cisza i rozbrzmiewał jedynie wiatr, szumiący wśród wyschniętych traw. Nikt nie zamierzał się wycofywać. Każdy miał swoje powody, by wyruszyć, a strach przed skutkami kultu był najmniej istotnym z nich. Nie, wiedzieli, że aby móc zostawić przeszłość za sobą, musieli wymazać tę plamę ze swojej historii i to jedyny sposób, żeby tego dokonać.
– Mieszkałem wśród Dzikich, gdy byłem mały – rozpoczął opowieść i zignorował zszokowane miny towarzyszy. – To było właśnie w okolicach Dahwy. Wioska stała na przeszkodzie wydobywcom, podobno jakieś cenne złoża znajdowały się tam, gdzie mieszkaliśmy. Nikt nie chciał się wynieść, chociaż przeprowadzka nie stanowiła problemu. Nie chcieli, ponieważ starali się zapobiec dewastacji lasu. Zostawili mnie w mieście, kiedy robotnicy wysłani przez naukowców poszli spalić wioskę. Wiem tylko, że parę osób przeżyło i sądzę, że są z grupą, którą spotkaliśmy wtedy. Nie mam jednak pojęcia, dlaczego wrócili.
– Hm.
Dan spojrzał na Shermana, który patrzył na niego w zamyśleniu.
– Co?
Kupiec wzruszył ramionami.
– Nic. To po prostu wszystko wyjaśnia. To, jak się wtedy zachowałeś i twoją nienawiść do naukowców.
– Nie miałem racji? Uprzedzałem, że im się nie ufa. Zobacz, dokąd to was doprowadziło.
Shermanowi mięśnie napięły się na szczęce.
– Poszedłeś z nami.
– I macie szczęście, że to zrobiłem. Czego nie można powiedzieć o nikim w Dahwie.
Blondynka otworzyła usta, oburzona.
– Dan!
– Przynajmniej nie żyją już w tym piekle.
– Wiem, że próbujesz sobie wmówić, że w żaden sposób się do tego nie przyczyniłeś, ale to nieprawda. – Chłopak wstał i pół jego sylwetki zalało słońce. Czarne oczy nie rozjaśniły się zaś ani trochę. – Wszyscy pozwoliliśmy Falkowi na to, by spalił miasto. Możesz powtarzać, iż nikt nie jest bez winy, a Ziemia jest przeludniona. Nie zmieni to faktu, że wzięliśmy udział w masowym morderstwie, także dzieci, takich jak Joey i Bri. – Po tych słowach zebrał swoje rzeczy i wskoczył na konia. – Ruszę przodem.
Odprowadzili go wzrokiem, a potem Will również zaczął się pakować.
– Nie obchodzi mnie, czy winisz siebie za Dahwę czy nie – powiedział spokojnie. – Ale mam nadzieję, że wiesz, co robisz teraz. Bo jeśli coś nam się stanie, to będzie twoja wina. I jeśli Nancy stanie się krzywda... – Wsiadł niespiesznie na swojego wierzchowca. – Wtedy lepiej dla ciebie, jak cię zabiją.
Popędził zwierzę. Dan uśmiechnął się półgębkiem i chlusnął wodą z bukłaka na twarz Morgany, która natychmiast się obudziła.
– Nadopiekuńczy się chyba trochę zrobił, co? – zwrócił się do blondynki, wyciągając rękę do cyganki, ale ta odtrąciła go, wściekła.
– Tak, tak sądzę – odpowiedziała cicho. – Ty też się zmieniłeś.

Słońce już niemal skryło się za horyzontem, gdy stanęli na skraju lasu. Drzewa rzucały ogromnie długie cienie na ziemię i ich sylwetki. Nancy zbliżyła się do brata, a cyganka swym zwyczajem uniosła wyżej głowę. Dan ruszył jako pierwszy, a pozostali podążyli jego śladem po chwili wahania. Każde trzymało w pogotowiu sztylet, łowca miał standardowo łuk, a Will zabrał jeszcze maczetę. Konie uwiązali na tyle daleko, by nie dało się ich dostrzec z drogi.
Szli ostrożnie, starając się nie zwalniać za bardzo, rozglądali się, nasłuchiwali, a ich serca ściskały się przy każdym nagłym szmerze czy trzasku gałązki. Po godzinie Dan zatrzymał się i wyprostował.
– Co się stało? – szepnęła zaniepokojona dziewczyna.
– Nic. Właśnie o to chodzi – odparł mężczyzna. – Postój. Muszę pomyśleć.
Wszyscy rozluźnili z ulgą mięśnie, które mimowolnie napinali, świadomi, że mogą być zmuszeni użyć ich w każdej chwili.
– Może są w tym miejscu, gdzie wtedy była ich wioska? – Sherman oparł się o drzewo, patrząc wokół. - Rozważałeś to?
– Idę się odlać.
Will oddalił się od grupy kawałek i dopiero gdy zatrzymał się i rozejrzał dokładnie, schował broń. Ledwo odpiął guzik w spodniach, a poczuł na szyi chłód ostrza oraz ukłucie w boku. Na jego twarz wystąpił zirytowany uśmiech.
– Nie mogliście zaczekać?
Chrząknął i wygiął się, gdy jedno z ostrzy zatopiło się lekko w jego skórze.
– Czekaliśmy wystarczająco długo.
– Dlaczego nas nie zabiliście?
Drugie ostrze nacięło mu szyję. Poczuł, jak mała strużka krwi spływa mu po gardle.
– Od tego momentu milczysz. Idź.
Will posłusznie ruszył z powrotem do grupy. Tam zobaczył, jak otacza ich grupa czarnoskórych, celujących w nich z łuków i dzid. W ciemnościach jaśniały ich białe oczy, nieliczne twarze i torsy rozświetlały niewielkie pochodnie przez nich trzymane. Ten, który schwytał Willa, popchnął go do pozostałych. Z szeregu Dzikich wystąpił jeden mężczyzna, wysoki i postawny, przewyższający nawet Dana.
– Czy wśród was jest Sherman, Daniel, Will, Nancy, Astrid lub Grace?
Złapani spojrzeli po sobie skołowani.
– Wszyscy poza Astrid i Grace. Szukaliście nas? – To Daniel jako pierwszy się odezwał.
– Nie. Wiedzieliśmy, że to wy będziecie nas szukać. Zaprowadzimy was do Wodza.
Każdemu z nich spętano mocno ręce szorstkimi linami. Prowadzili ich niewidocznymi ścieżkami szybkim krokiem, gasząc po drodze pochodnie, co utrudniło im wszystkim poruszanie się. Dan sobie radził, ale po tym, jak jedno z nich przewróciło się po raz szósty, w bezsłownym porozumieniu każdy z Dzikich chwycił mocno po jednym z przybyszów. Czas w takiej ciemności, przy nikłym świetle księżyca, wśród obcych ludzi i usychających drzew wydłużał się niezmiernie, aż zaczynali się zastanawiać, czy kiedykolwiek się zatrzymają. Odnosili wrażenie, jakby wpadli w pętlę czasową, wszystko wokół zdawało się wyglądać tak samo, dźwięki powtarzały w tych samych odstępach. Trzask, szelest, sap, trzask, szelest, sap... Z rytmu wybijały jedynie ciche rozmowy prowadzone pomiędzy Dzikimi, w dziwnym, nieznanym im języku, brzmiącym zupełnie inaczej niż ten, którym oni się posługiwali.
Aż w końcu dostrzegli światła. Wszyscy automatycznie przyspieszyli kroku, aż nagle znaleźli się na polanie, na której rozbito namioty, palono ogniska, wokół których jedzono, tańczono i śmiano się. Gdzieś w tle rozbrzmiewała niegłośna muzyka, rytmiczna i przytłumiona. Wszędzie widzieli czarnoskóre postacie, niektóre o kolorowych włosach. Poruszali się z gracją i uśmiechali, przynajmniej dopóki nie zobaczyli białych. Nie zdążyli nawet przyswoić tego obrazu, gdy pociągnięto ich dalej i wręcz wepchnięto do największego namiotu. Tam na samym środku leżał głaz, a za nim na ziemi siedział po turecku siwy, stary mężczyzna, o bystrym jednak spojrzeniu, którym ich obdarzył. Bystrym, ale i przerażającym, bo tęczówki jego oczu były mętne i bezbarwne.
– Danielu? Czy to ty? – przemówił suchym głosem.
– To ja, Wodzu. – Dan skłonił głowę, a jego zdezorientowani towarzysze zrobili to samo.
Mężczyzna roześmiał się dobrodusznie.
– Tyle lat... Pamiętam, jak gryzłeś ze złości kolegów.
Sherman parsknął śmiechem i szybko rozkaszlał się, by to ukryć. Nancy przygryzła wargę. Pojęli, że bez gwałtownych ruchów nie musieli obawiać się zagrożenia.
– Przedstaw mi swoich towarzyszy, Danielu. – Po przyłączeniu imion do twarzy, Wódz wskazał palcem Morganę. – Usadź ją przy ognisku, Javier.
– Ale, Wodzu...
Był to chłopak, który złapał Willa. Miał włosy ścięte przy samej skórze głowy, duże, ciemne oczy i czarne, geometryczne tatuaże na twarzy i torsie. Szyję i lewe ramię znaczyła blizna, najpewniej po oparzeniu. Jako jeden z niewielu miał jaśniejszy odcień skóry, lecz wciąż ciemniejszy niż Sherman.
– Idź i zaczekaj na zewnątrz.
Po tym, jak Javier zacisnął zęby, widać było, że nie podobała mu się decyzja Wodza, ale nic już nie powiedział. Wziął cygankę za rękę i wyprowadził.
– Na początek chciałbym was zapewnić, że żadna krzywda nie stanie się nikomu z was z naszej ręki. Jesteście bezpieczni.
– Nie wyglądało na to pięć lat temu – zauważył gorzko Will, zarabiając tym samym mordercze spojrzenie Dana.
– Sprawy skomplikowały się, odkąd wyjechaliście z Dahwy pięć lat temu – odpowiedział spokojnie staruszek. – Nie próbowaliśmy was zabić, jedynie odstraszyć. Pozwólcie, że wytłumaczę wszystko od początku. – Zamknął oczy. – Wróciliśmy tutaj, ponieważ dowiedzieliśmy się, że Falk jest blisko wynalezienia kamienia. Chcieliśmy przekonać się, czy mu się powiedzie. Wiedzieliśmy również, jak musi go stworzyć.
– Wiedzieliście?! – wykrzyknął Sherman, równie zszokowany, co zły. – Dlaczego nic nie zrobiliście...?!
Wódz odetchnął głęboko, a potem otworzył oczy i skierował wzrok na kupca.
– Nigdy więcej nie unoś głosu w mojej obecności – powiedział to równie spokojnie, co wcześniej, ale jego ton wskazywał groźbę. – To miasto również nic nie zrobiło, kiedy mordowano moją rodzinę, moją wioskę. Nie czułem i nie miałem żadnego obowiązku, by zareagować. Obserwowaliśmy też zajścia w mieście, gdy stało ono w płomieniach. Poznaliśmy wasze imiona. Widziałem, że słysząc o kulcie, będziecie chcieli działać. Przyszliście do nas po pomoc, ponieważ Dan nie potrafił poradzić z tym sobie sam, a kto lepszy byłby do brudnej roboty, jak nie Dzicy? Czy nie tak?
– Przyszliśmy, ponieważ wy-
– Widziałeś?
Wszyscy spojrzeli na Shermana, który nagle się wyprostował.
– Widziałeś... Jak w wizji?
Bliźnięta zerknęły na siebie, zaciekawione. Czyżby istniał ktoś jeszcze na tym świecie z takim darem, jak oni...?
– Można tak to ująć. Nie jest to jednak to samo, co próbują okiełznać twoi towarzysze.
– Skąd...?
– Nie ma czasu na takie rozmowy. – Machnął ręką bagatelizująco, po czym znów spoważniał. – Falk wyrównał nasze rachunki.
– Falk nie wyrównał waszych rachunków – odezwał się niespodziewanie Will. Jego głos przepełniało rozdrażnienie, jakby już dawno chciał się wypowiedzieć, ale zaciskał usta. – Za wycinką i podpaleniem waszej wioski stali naukowcy. Być może wśród nich był Falk. Teraz sytuacja się powtórzyła, tylko spotkała kogoś innego. – Chłopak patrzył starcowi prosto w oczy, wyzywająco. – Każdy ma swoje grzechy. Za nich, tak jak za was, zadecydowano, że trzeba ich usunąć. Powinniście zapobiec temu wydarzeniu; zamiast tego wybraliście bezczynne patrzenie. Dało to upust waszej nienawiści?
Cała trójka patrzyła na niego w osłupieniu. Nie spodziewali się po nim tak poważnych słów; nigdy wprawdzie nie był takim wesołkiem jak jego siostra, ale ich oboje cechowała jak dotąd swego rodzaju beztroska. Najwyraźniej on z niej wyrósł. Zaczynał przypominać Dana, bez tej całej sarkastycznej otoczki. Nancy chciała go przytulić; wiedziała, co przemilczał, chociaż pragnął powiedzieć. O Grace, o dziewczynie, która ich uratowała. O przyjaciółce, która spłonęła razem z miastem, oddając za nich swe życie.
Powstrzymała się.
– Masz rację. Dlatego możecie rekrutować moich ludzi, jeśli tylko ich namówicie. Nienawiść to ciężki oręż. Dla niektórych miecz już opadł, ale innym wciąż za mało. Choć mają siły, nie uniosą go dla tych, wobec których chcą go zwrócić. Ja im nie wydam rozkazu.
Odpowiedź ich usatysfakcjonowała. Daniel podziękował bezgłośnie.
– Javier! – Do namiotu natychmiast wszedł chłopak i stanął bacznie. – Zadbaj o to, by wszyscy ich usłyszeli.
Dziki skinął głową i machnął na nich ręką. Łowca zawahał się przy wyjściu.
– Ja-
– Powinieneś się trzymać tych dzieci, Danielu. – Starzec obdarzył go nikłym uśmiechem. – Choćbyś bardzo chciał, nie jesteś taki jak my. Idź i ratuj świat w sposób, w jaki my nie potrafimy.

Javier zadbał o to, by wszyscy Dzicy zebrali się wokół największego ogniska. Trzymali się jednak z dala od przybyszów, którzy wciąż nie mogli wyjść z podziwu, jak radykalnie różnił się ich styl życia od tego, jak mieszkali ludzie w miastach. Widzieli tylko jedną chorą osobę, staruszkę. Opiekowała się nią młodsza kobieta, karmiła ją i głaskała po plecach. Żadnych gnijących zwłok, ludzi żebrzących o kawałek chleba, żadnych krzyków i rozpaczy, jedynie radość i harde stąpanie boso po ziemi. Wyglądało to niemal jak ich zakątek w zielonej Dolinie, ale tu, na dole, wśród usychających drzew i nieśmiało wyzierających z gleby roślinek.
– Jak to możliwe? – szepnęła Nancy, a Javier, który zeskoczył przed chwilą z obalonego konaru, odpowiedział:
– Dbamy o chorych, grzebiemy zmarłych, dzielimy się jedzeniem i oddajemy ziemi to, co wzięliśmy. Wy, biali, zamknęliście się w swoich kamiennych murach, odgrodziliście od natury po tym, jak ją zniszczyliście i oczekiwaliście cudu, takiego jak kamień filozoficzny lub zwracacie się do jakichś bogów, wybijając się nawzajem za nic.
Blondynka bardzo chciała powiedzieć mu o Mnisich Górach i miejscu, o które oni dbają, ale ugryzła się w język. Rozmowa i tak była skończona, bo Sherman wdrapał się niezbyt zgrabnie na konar i zaczął przemawiać do Dzikich, opowiadając o krwawym kulcie. Do Willa nic z jego słów nie dotarło, bo czuł, że lewe oko coraz mocniej zaczyna go swędzieć.
– Wiem, jak zostaliście skrzywdzeni. Odebrano wam prawo, które posiadają wszyscy inni, nawet ci, którzy na nie nie zasługują, wyzyskują je. Prawo do życia za murami. Prawo do kupna, handlu, prawo do istnienia w cywilizacji, jaką tworzyliście dawniej razem z nami. Gdy sprawy zaczęły się sypać, historia... Nie. My wybraliśmy was na kozły ofiarne. Oskarżyliśmy o wszystko, co złe. Dziś mało kto pamięta, co wam zarzucono. Przywykliśmy do warunków, w jakich żyjemy, bo dla was i tak nie ma miejsca. Ledwo sami się mieścimy. Dlaczego więc mielibyśmy was wpuszczać do środka? – Wokół rozbrzmiały oburzone głosy. – Rozumiem waszą nienawiść. Jest uzasadniona. Mimo, że łączy nas tak wiele – ta sama ziemia, to samo powietrze, te same potrzeby – my wciąż skupiamy się na tym, co nas różni. Szczerze mówiąc, nie sądzę, by to mogło nagle się zmienić. Jednak uważam, że możecie rozpocząć ten proces.
Ja wam zazdroszczę. Patrzę na to, co stworzyliście, mając w pamięci miasta, które my zbudowaliśmy i których ulice ścielą trupy. Gdybyśmy połączyli siły, z waszą wiedzą i naszymi zasobami, może powstałaby szansa. Szansa dla nas wszystkich.
Gardzicie ludźmi z miast i wiosek, ale wiele z nich nigdy nie zasmakowało powietrza zza murów, nie znają innego życia. Nie mogę powiedzieć, że zrobiliby to samo dla was, ale pytanie, czy chcemy tak zawsze żyć? Ząb za ząb, oko za oko, aż cały świat oślepnie? Ktoś musi przerwać to błędne koło. Być może wyciągając rękę, przekonacie jedną osobę. Za nią może pójdą kolejne. Macie nas. Nie będzie to łatwe, może nawet okaże się to walką. Jednak powinniście mieć w tym i swój interes. Trzeba powstrzymać te bestialskie morderstwa, nim rozplenią się na taką skalę, że zagrożą i wam, bo gwarantuję, iż ci mordercy nie ograniczą się do mieszkańców miast. Proszę, jeśli ktoś chce wyruszyć z nami, stańcie po tej stronie.

Wskazał ręką miejsce, gdzie stali jego towarzysze. Nikt z tłumu nawet nie drgnął. Sherman jednak czekał cierpliwie, patrząc po twarzach zebranych, rzucając im nieme wyzwanie. Jedno z drew w ognisku trzasnęło głośno, pożerane przez płomienie. Wtedy tym, który jako pierwszy przeszedł, został Javier. Właśnie mieli mu podziękować, kiedy ze szkarłatnego oka Willa spłynęła krwawa łza, a on sam krzyknął nagle i padł na kolana.

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

© Halucynowaa | WS | X X X