wtorek, 14 marca 2017

Rozdział 1. Zakłócony spokój

- Sherman, obudź się.
Chciał podążyć za tym cichym głosem; wiedział, że jeśli to zrobi, zmartwienia znikną, a on będzie mógł odpocząć. Wystarczyło się odsunąć. Rozluźnić uścisk, odejść. Zsunąć palce z szyi Falka, którego w końcu dopadł, na którym w końcu mógł się zemścić.
- Sherman…
Nie musiał tego robić. Mógł dołączyć do ukochanego głosu. Jednak tego nie zrobił.
- Sher-
Coś nagle uderzyło go z wielką siłą w bok. Chłopak zgiął się z bólu, a potem huknął o podłogę. Chwilę zajęło mu zorientowanie się w sytuacji. Astrid ciężko oddychająca na łóżku, trzymająca się za gardło, zasapany Will, stojący nad nią i Bri, mała Bri obok, z oczyma otwartymi szeroko z przerażenia. Spojrzał na swoje dłonie, którymi nie dusił Falka. Falk nie żył. I to nie on go zabił.
- Astrid, nic ci nie jest?
Will pochylił się nad dziewczyną, która wciąż z trudem łapała oddech. Pokręciła głową. Will spojrzał na kupca, jakby próbował upewnić się, czy wciąż trwał w amoku. Podszedł do niego powoli i podciągnął za ręce, które zaczynały się już trząść. Upadł z powrotem na kolana.
- Co ja zrobiłem…? – wychrypiał przerażony.
- Bri, przynieś kubeł wody z rzeki.
Dziewczynka wybiegła natychmiast z pokoju, jakby sam diabeł deptał jej po piętach.
- Weź się w garść, Sherman.
Ton Willa był ostry, a mina groźna. Przez ostatnie pięć lat zmężniał – przerósł Shermana, przybrał wagi, ale dbając o ciało odpowiednio je wyrzeźbił. Falowane, kruczoczarne włosy puszyły się wokół jego głowy, zapuszczone, a twarz pokrywała ostra szczecina. Pozbył się przepaski i teraz patrzył pewnie na świat oboma oczami. Widok jednego z nich nadal wzbudzał niepokój w większości tutejszych mieszkańców.
- Astrid? – szepnął niepewnie Sherman, wyciągając ku niej rękę.
Dziewczyna drgnęła, wystraszona, a on zamarł. Kiedy uświadomiła sobie swój błąd, przysunęła się bliżej niego. Zsunęła się z łóżka na kolana, a potem przyciągnęła do piersi jego głowę i poczęła głaskać go delikatnie po włosach. Próbowała powiedzieć, że nic się nie stało, ale z jej gardła wydobył się jedynie świst i chrzęst. Sherman objął ją lekko, drżąc.
- Co ja zrobiłem…? – powtórzył, muskając ciepłym oddechem jej piersi. – Astrid, wybacz mi…
- Obudzę znachora.
Will, chwilę jeszcze stojąc bez ruchu, patrząc i oceniając, wyszedł, wcześniej polecając Bri, która wróciła, by położyła przy łóżku kubeł. Czysta szmatka zwisała przerzucona przez jego krawędź. Astrid sięgnęła po nią i zanurzyła ją w wodzie, po czym przyłożyła do czoła kupca.
- Gdyby nie Will…
Uciszyła go, przykładając mokry materiał do jego ust. Pozwoliła, by zsunął się na podłogę i oparł delikatnie głowę na jej wydętym brzuchu. Oboje poczuli, jak zbudzone i pewnie zaniepokojone dziecko kopie.
- Nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś wam się stało. – Zacisnął mocno powieki. – Myślałem, że to wszystko jest już za mną…
Do drzwi zapukał znachor, bardziej z ostrzeżeniem, niż z grzeczności, bo wszedł, nie czekając na zaproszenie. W dłoniach trzymał kubek z parującą cieczą, która pachniała intensywnie ziołami. Poczekał, aż Astrid usiądzie wygodnie w fotelu, spojrzeniem zbeształ Shermana, a potem zaczął oglądać jej gardło. Z sakwy przytroczonej do pasa wyjął niewielkie pudełko z maścią, którą nałożył na jej skórę w miejscach, gdzie była ona najbardziej zaczerwieniona. Naciskał szyję w różnych miejscach, kiwając głową na każde jej przeczące kręcenie. Potem podał jej kubek. Gdy tylko wzięła pierwszy łyk, rozkaszlała się boleśnie. Smak napoju wywołał u niej odruchy wymiotne, ale po chwili poczuła, jak lekko miodowa konsystencja oblepia jej gardło i łagodzi ból. Wypiła pospiesznie resztę duszkiem, starając się nie skupiać na gorzkim smaku. Znachor podniósł się z klęczek i dźwignął bezpardonowo Shermana na nogi, a potem jak kukłę usadził na łóżku.
- Mówiłem, żebyś wziął leki nasenne, jeśli masz koszmary – upomniał go, srogo marszcząc brwi.
- To był pierwszy od dawna…
- Co ci się śniło?
- Że zabijam Falka.
- On nie żyje.
- Myślisz, że o tym nie wiem?! – warknął wściekle, zrywając się, ale mężczyzna jedną ręką usadził go z powrotem.
- Nie wyglądało, jakbyś wiedział.
- To był sen.
- On nie żyje.
- Wiem.
- Nie żyje – powtórzył z naciskiem.
- Wiem, na litość boską!
- Tylko to się liczy, że nie żyje. Musisz się z tym pogodzić. Tak samo jak z tym, że-
- Tak, tak – zniecierpliwił się brunet. Wstał, tym razem niezatrzymany przez znachora. Zaczął się ubierać. – W teorii wszystko brzmi łatwo.
- Nie powiedziałem, że to łatwe.
- Nie, nie powiedziałeś niczego nowego – mruknął na odchodnym.
Astrid westchnęła ciężko i ułożyła dłonie na brzuchu. Napięcie dopiero odpuszczało, jej mięśnie się rozluźniały po panice, w jaką wpadła, gdy myślała już, że udusi ją lunatykujący ukochany. Ją i ich dziecko. Nim się zorientowała, łzy popłynęły po jej policzkach. Grace umiałaby natychmiast poprawić jej humor. Wystarczyłby głupi żart, objęcie ramion i jej głos, zawsze tak przyjemnie kojący. Śmierć przyjaciółki wyżarła w sercu Astrid dziurę, która już nigdy się nie zarośnie. Zawsze będzie ziała pustką, tęsknotą oraz poczuciem winy.
Znachor się ulotnił, a zamiast niego do pokoju wparowała Nancy. Mieli tej nocy wielu gości w swojej sypialni.
- As! Dobrze się czujesz? – zapytała zaniepokojona, obmacując ją dłońmi ze wszystkich stron.
- Tak – wydusiła Astrid z trudem. – Wystraszyłam się…
- Lepiej nic nie mów.
Nancy przygryzała mocno wargę. Tak jak jej brat, ona też wydoroślała. Nie za wiele urosła, w przeciwieństwie do niego, ale kształty piętnastoletniej dziewczynki to zamierzchła przeszłość. Teraz miała wcięcie w talii, które lubiła eksponować, szerokie biodra, odpowiednie dla mocnych ud i kształtnych łydek. Złociste włosy podcinała na długość pasa, a ich gęstość jedynie wzrosła. Nie związywała ich już w dziewczęce kitki, ale plotła różnorakie warkocze, czasami wykorzystując każdy włos, jaki wyrastał z jej głowy, a czasem tylko część. Polubiła też robienie fryzur pozostałym przedstawicielkom płci pięknej, a i zdarzało się, że korzystając z okazji, gdy spali, bawiła się również włosami panów; najczęściej swojego brata.
Poza jeszcze większą pewnością siebie i wyglądem, Nancy niewiele się zmieniła. Wciąż potrafiła świetnie grać (zwłaszcza ludziom na nerwach – powtarzał Dan, kiedy się pojawiał w Dolinie), ale przed Astrid nie musiała, bo ona zawsze potrafiła wyczytać, iż nie mówiła jej prawdy bądź coś ukrywała. Dlatego widząc zmartwioną minę blondynki, dawna akrobatka od razu wiedziała, że coś się wydarzyło.
- Co? – zapytała krótko, nie mogąc zdobyć się na więcej.
- Mamy gości – odpowiedziała niepewnie blondynka.
W tym momencie dom wypełnił się gwarem rozmów i nawoływań, szuraniem mebli i trzaskami drzwi. Nancy pomogła przyjaciółce wstać i dała jej chwilę na opanowanie się. Potem zeszły ramię w ramię na dół.

- Do reszty zwariowałeś, przyprowadzając ją tutaj?!
- Lepiej ze mną, niż gdyby tu trafiła, ciągnąc za sobą jakiś ogon!
- Jak mogłaby tu trafić?
- To mnie właśnie zastanawia. Sherman?!
- Daj mu spokój, on-
- Jakiś starzec powiedział jej, że ma go szukać. Słyszałem.
- Starzec? Sherman?
- Nie wiem…
- Skup się, do cholery.
- Możecie przestać się przekrzykiwać?
- Pilnuj jej lepiej!
- Po co miała go szukać?!
- Czy ktoś mi powie-
- CISZA!!!
Wszyscy zamilkli w jednej chwili i przenieśli wzrok na Nancy, której twarz nabiegła krwią od wysiłku, jaki musiała włożyć w ten okrzyk.
- Siadać!
Kto miał w pobliżu krzesło, to czym prędzej usadził na nim tyłek.
- Danielu?
Dan uśmiechnął się półgębkiem z rozbawieniem i zacisnął rękę na ramieniu kobiety. Była to niska, chuda kobieta o roztrzepanych, gęstych, czarnych włosach i błędnym spojrzeniu ciemnych oczu, które nierówno pomalowała rozmazaną już kredką. Związano jej za plecami ręce, ale mimo tego trzymała wysoko uniesioną głowę, jakby i tak czuła kontrolę nad sytuacją. Cyganka. Otworzyła usta, a wtedy z jej gardła wydobył się chrapliwy, ale kobiecy głos:
- Od jakiegoś czasu w moim mieście, to jest Wisbruk, ktoś łapie ludzi i zabija ich w bardzo bolesny i widowiskowy sposób. Kiedyś to było parę osób, teraz jest cała grupa ludzi w czarnych szatach i kapturach. Pojawiają się, kiedy słońce zachodzi i ciągle w innym miejscu ulice spływają krwią. Mówią o jakimś bogu; myślą, że dzięki tym ofiarom będzie on szczęśliwy i poprawi ich życie na Ziemi, a także za zasługi zapewni życie po śmierci, wspanialsze niż cokolwiek, o czym mogli marzyć. Biorą kogo popadnie. Mężczyzn, kobiety, nawet dzieci... Zdzierają im skórę z pleców, z twarzy, rąbią żebra, miażdżą stopy... Niektórzy dołączają do nich ze strachu, ale oni wiedzą. Wiedząc, przyjmują ich, a potem przygotowują dla nich najgorsze katusze... Ta ich "religia" rozprzestrzenia się jak zaraza... Na początku to była osoba na miesiąc, potem na tydzień, ale ostatnim razem zarżnęli całą grupkę... Zabrałam się z podróżnymi, szukając pomocy w Alases, bo sąsiednie miasta już też podbili. Tam pewien starzec powiedział mi, abym szukała pomocy u Shermana.
- Wtedy ja, słysząc to, wziąłem ją na bok.
- Szarpnąłeś mnie i uderzyłeś w głowę - warknęła i splunęła mu pod nogi, czym go wcale nie wzruszyła.
- Tak. Nie chciałem, żebyś kogoś tu za sobą przytargała. Starzec zniknął. Był kolorowy i wyglądał na naprawdę starego, chociaż nie kulał, ani nawet się nie garbił. Wiesz, kto to mógł być?
Sherman uśmiechnął się niemrawo.
- Tak. Powiedział ci, dlaczego masz mnie szukać? - zwrócił się do kobiety.
- Powiedział, że musisz odpokutować za winy popełnione w Dahwie - odpowiedziała cicho, patrząc na niego z dziwnym błyskiem w oku. - Miasto, które spłonęło. Szkarłatne miasto.
Kupiec zbladł. Nikt nie odezwał się słowem.
- Moja matka cię ostrzegała. Mówiła, że idziesz na własną zgubę.
Przypomniał sobie staruszkę, która złapała go na placu tuż przed tym, jak wyruszyli z listami Falka.
- Jak masz na imię? - zapytał, wbijając wzrok w podłogę.
- Morgana - odparła Cyganka, prostując się dumnie. - I mówię wam, że wszyscy tego pożałujecie, jeśli pozostawicie tak tę sprawę. Zignorowaliście moją matkę. Nie radziłabym popełniać tego samego błędu ze mną.
- Nie podoba mi się to - odezwała się Astrid. Stała oparta o framugę i marszczyła brwi.
- Mi zaś nie podoba się, że muszę niestety zgodzić się z lwią grzywą. - Na te słowa łowcy Morgana strząsnęła z ramienia jego dłoń. - Próbowałem odszukać ich kryjówkę od jakiegoś czasu, ale zapadają się pod ziemię. Sam też nie dam im już rady, zawsze trzymają się w grupie. Teraz jest ich łącznie może nawet ponad trzydzieścioro. Potrzebujemy ludzi, by się z tym uporać. Jeśli myśleliśmy, że Falk jest drastyczny, musielibyście ich zobaczyć... - Zacisnął zęby, a mięśnie na jego szczęce napięły się mocno. - Makabra. Jeśli tego nie powstrzymamy, katastrofa będzie na skalę Dahwy, jeśli nie większa.
- Co proponujesz?
Spojrzał na Willa, stojącego ze skrzyżowanymi ramionami, patrzącego przed siebie pewnie i z powagą. W tym świecie dzieci szybko dorastają, pomyślał, przenosząc wzrok na Joey'a i Bri. Siedzieli z boku, udając, że ich tu nie było. Nie mają innego wyboru.
- Ponieważ potrzebujemy dobrych tropicieli i silnych, zaprawionych ludzi, opcja jest tylko jedna - oznajmił, opierając się o stół. Powiódł spojrzeniem po wszystkich twarzach, nim w końcu wyjawił: - Musimy odwiedzić Dzikich.
© Halucynowaa | WS | X X X